- Może tak, ale jeszcze nie teraz - odparł Dane.

jedenastej. Za kościołem.
dziecko Milli, a potem w pasie granicznym, gdzie znajdowano
było czymś bajkowym. Wspaniałym, ale na pewno nie bajkowym.
bandyty nie miała już szans na nic. Mógłby interweniować - może
- Dlaczego, Chase? - Rozpłakała się. Łzy popłynęły jej po policzkach. Obiecała sobie, że nie uroni ani jednej łzy z powodu Briga McKenziego, że będzie zachowywała się tak jakby nie żył, ale zawsze tlił się w niej płomyk nadziei. - On tego chciał. - Nie rozumiem. - Bał się, że gdybyś wiedziała, że on żyje, nigdy nie ułożyłabyś sobie życia, nigdy nie odnalazłabyś siebie. - Wiedziałeś przez cały ten czas? - Jej głos był ledwie szeptem. Ustami dotykała jego klatki piersiowej, bo przyciągnął ją do siebie. - Od dawna. - Zanim się pobraliśmy? Zawahał się. Westchnął. - Tak. - O Boże. - Zmusił mnie, żebym mu przysiągł. - Chase... - Zadarła głowę i poczuła jego usta na swoich. Czuła własne łzy i zapach jego potu. Czuła ciepło i mimo bólu albo z powodu tego bólu, poddała się pragnieniu, które zrodziło się głęboko w niej. Instynktownie zarzuciła mu ręce na szyję. Jego język zderzył się z jej zębami. Niecierpliwie otworzyła usta. Przez myśl przeszło jej, że nie powinna się z nim kochać, bo jeżeli mu się odda, będzie to znaczyło, że przebacza mu jego kłamstwa. Nie dopuszczała jednak do siebie nic poza bliskością jego silnych mięśni, męskim zapachem, który drażnił jej nos i smakiem jego skóry. Podniósł ją i z wysiłkiem zaniósł do sypialni. Położył ją na łóżku. Nie przestając jej całować, niecierpliwymi palcami rozpinał guziki bluzki. - Cassidy - wyszeptał jej w skórę. Rozchylił bluzkę i wilgotnymi, rozpalonymi ustami pocałował ją w mostek. Poczuł szybkie bicie jej serca. Oddychała z trudem. Usłyszała delikatny szmer rozpinanego zamka w spodniach i zamknęła oczy. Tak długo na to czekała. Błądziła palcami po jego twardym ciele, napiętych mięśniach, gładkich biodrach. Rozpiął jej stanik i zanurzył głowę w piersiach, oddechem łaskocząc jej brodawki. Drażnił je językiem, ssał i szczypał zębami. Rosnące podniecenie zawładnęło jej ciałem. - Zapomniałem, że jesteś taka piękna. Pocałował ją znowu. Dotknął jej pośladków i zaczął pieścić palcami wewnętrzną stronę ud. Drżała z podniecenia i wiła się pod nim. Poczuła, że rozchyla jej nogi kolanami. Ułożył się tak, żeby ciężar jego ciała opierał się na zdrowej nodze. - Chcesz mnie, Cass? - Tak. - Ledwie mogła mówić. - Od kiedy? - Od zawsze. W jego oczach pojawił się cień. - Gdyby tylko... - Zacisnął zęby i gwałtownie w nią wszedł. Ogniście. Zachłannie. Jakby w ten sposób mógł wymazać przeszłość, ból i kłamstwa. Jakby chciał wyrwać z niej duszę. Jej ciało odpowiedziało podobnie, gorąco i niecierpliwie. Wbiła mu palce w ramiona i przywarła do niego. Krew w niej wrzała. Wygięła się w łuk i objęła go nogami w pasie. Miała wrażenie, że pokój znika, dom nie istnieje i są tylko oni i wszechświat. Mężczyzna. Kobieta. Miłość. Chase. Brig. Miłość. Obrazy wirowały jej przed oczami. - O Boże, nie mogę przestać... - krzyknął. Jego ciało zesztywniało. Jęknął rozpaczliwie. Wstrząsnęły nią konwulsje. Świat eksplodował, a wszystkie gwiazdy zaczęły migotać. Było tak duszno, że nie mogła oddychać. Chase opadł na nią sapiąc, a ona z rozkoszą przyjęła jego ciężar. Objęła jego spocony tors, palcami dotykając umięśnionych pleców. - Tęskniłam za tobą - wyszeptała ze łzami w oczach. - A ja za tobą. Gdybyś wiedziała, jak bardzo... Nadal oddychał z trudem, a jego słowa przepełnione były beznadzieją, której nie rozumiała. - Przytul mnie. - Będę cię przytulał, dopóki będę mógł - wyszeptał w spocone kosmyki jej włosów. - Dopóki tylko będę mógł. Sunny spojrzała w ołowiane niebo. Chmury przesłoniły słońce. Wiał złowrogi wiatr i mimo upału, który był nie do zniesienia - po południu temperatura dochodziła do trzydziestu pięciu stopni - Sunny poczuła podmuch zimny jak śmierć. Każdego ranka przenikał ją do szpiku kości. Potem krążył jak pies, aż w końcu cichł. Niezmordowany. Niezaspokojony.
twojej wizycie w kantynie, domyślił się, że musiałaś się tej nocy o
tutaj miał jasne włosy, był starszy, niższy, bardziej krępy Ku
bok. Z Diazem mogłoby być inaczej. Poczucie absolutnej kontroli nad
Milla poszła za Diazem wzdłuż brzegu. Szum wody przybierał
nonszalancko i wraca do swojego samochodu, by odjechać.
an43
Wszystkich, oprócz Sunny McKenzie. Przyszła w indiańskim stroju i mówiła od rzeczy. Zawrócono ją przy drzwiach i powiedziano jej grzecznie, ale stanowczo, że jej osoba nie jest mile widziana w tym domu. Cassidy zauważyła ją przez okno nad schodami i wybiegła na zewnątrz, ale zobaczyła tylko szeroki tył odjeżdżającego cadillaca. Przybita dziewczyna wróciła do domu. Starała się nie zwracać uwagi na to, że w hallu ogromnego domu, wśród bukietów róż, goździków, lilii i chryzantem, stał długi błyszczący stół. Stało na nim prawie sto świec wotywnych, które płonęły pod ogromnym portretem Angie, która uśmiechała się skromnie, a jej oczy błyszczały niewinnie. Wśród kwiatów dyskretnie umieszczono kosz na kartki i datki na szkołę imienia świętej Teresy. Ojciec James składał codziennie wizyty. Doktor Williams również. Jeden szafował błogosławieństwami i znajomością Boga, przynosząc ukojenie duszy, a drugi przepisywał tabletki i zalecał odpoczynek, próbując ulżyć zmęczonemu ciału. Obaj mieli pomóc Reksowi pokonać ból. - Cassidy twierdzi, że to ona jeździła na koniu tamtej nocy. - Rex uparcie bronił Briga przed szeryfem. - Tak - potwierdziła Cassidy. Podtrzymywała sobie rękę z opatrunkiem na nadgarstku i przedramieniu. - A tu jest dowód. - Źrebak znowu ją zrzucił. - Oczy Reksa nagle wydały jej się stare. Strząsnął popiół z cygara. - Ta uparta bestia... - Ale może McKenzie znalazł konia i na nim uciekł albo... – Szeryf podejrzliwie przyglądał się Cassidy. - Albo co? - spytał Rex. - Albo sam sobie załatwił pomoc. Serce Cassidy niemal zamarło. Miała ściśnięte gardło. Pot ciekł jej wzdłuż kręgosłupa. Szeryf Dodds był sprytniejszy, niż można było sądzić po jego wyglądzie. - I kto niby miałby mu pomóc? Cassidy? - Rex prychnął zdegustowany. Dodds wstał. - Dowiemy się tego. Najlepsi ludzie i psy w stanie przeszukają góry. Znajdziemy go. - Stanął za Cassidy i wpatrywał się we wschodnie wzgórza. - Daleko nie ucieknie. - Minęły już cztery dni - przypomniał mu Rex. - Jest bez pieniędzy i ma tylko dwie nogi. Koń już długo nie pójdzie, o ile w ogóle McKenzie go ma. Dopadniemy go. - Podciągnął spodnie na wielkim brzuchu. - Ale to trochę potrwa. Cassidy drżała, ale starała się sprawiać wrażenie spokojnej. Gdy zaczynała myśleć o tym, co się stanie z Brigiem, jak go złapią, zbierało jej się na wymioty. - Przecież nie ma pewności, że to McKenzie. - Może jeszcze nie, ale chyba znaleźliśmy naocznego świadka. - Co? - Rex nagle się ożywił. - Kto to? Cassidy zaparło dech w płucach. Szeryf odwrócił się, nie spuszczając oczu z dziewczyny. - Willie Ventura. Znaleźliśmy go przy rzece. Siedział i gapił się w wodę. Wygląda na to, że tamtej nocy był przy tartaku. Ma osmalone brwi. - Dobry Boże - wyszeptał Rex. - Willie? O Boże, nie. Proszę, nie. Cassidy pamiętała twarz Williego, wyglądającą spomiędzy czerwonych i złotych płomieni ognia. - Myśli pan, że on może mieć z tym coś wspólnego? - Przesłuchujemy go na wszystkie sposoby. Nie zmienia zeznań. Widział tam Briga, Angie i Jeda. Powtarza w kółko to samo: Ona się spaliła! Ona się spaliła! - Szeryf zmarszczył nos z niesmakiem. - On wie coś strasznego. - Dlaczego mi o tym nie powiedziano? - spytał Rex. Oczy mu błyszczały z ciekawości. - On tutaj mieszka. Nad stajnią. Pracuje dla mnie. - Właśnie panu mówię. Znaleźliśmy go dziś po południu. Miał szczęście, że nie zginął razem z tamtymi. Pewnie nieźle się przestraszył i schował się w lesie. Znalazły go psy, gdy szukaliśmy McKenziego. - Gdzie on jest teraz? - W biurze okręgowym. Myją go i opatrują mu twarz. Jest... to znaczy, chciałem powiedzieć, że wszystko z nim w porządku, ale zawsze brakowało mu piątej klepki. - O Boże. - Rex ukrył twarz w dłoniach. - Więc stuknięty Willie widział całe zajście. - Dodds był najwyraźniej przekonany, że zeznanie Williego będzie gwoździem do trumny Briga. - Willie opowiada dużo różnych rzeczy. - Cassidy nie mogła dłużej milczeć. Podejrzewała, że szeryf próbuje z niej coś wycisnąć, ale nie mogła się powstrzymać i nie przyjść Brigowi z pomocą. - Lubię Williego, ale jego słów nie można traktować poważnie. - Dlaczego? Musiała trzymać się swojego kłamstwa, ale mogła w nie wpleść trochę prawdy.
wam przeszkadzać, ale dzwoni torebka Milli.
- Zgadza się. I co z tego?


te słowa:

zdecydować? A co to w ogóle za różnica?
ona nawet o tym nie pomyślała. Słyszała czasem odgłos pralki i
Do Julii zdecydowanie bardziej pasowałby obecny tryb życia

Tylko Diaz pozostał niemą, mroczną obecnością za jej plecami. Nie

253
obcesowo.
RS

115

komórka, więc Jessica odebrała, zerknąwszy uprzednio na numer na
mojej przyjaźni z Sheilą.
- Jeśli się nie mylę, panie Latham, matka Sheili